FORTYFIKACJE.NET
Niezależne Forum i Portal miłośników Fortyfikacji i Wojska Polskiego

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Kryteria oceny obiektów
Autor Wiadomość
Aufmann 
podpułkownik



Kraj:
Poland

Pomógł: 6 razy
Dołączył: 29 Mar 2006
Posty: 614
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-11-14, 17:42   

Schliemann napisał/a:
Niemal wyraz po wyrazie mijasz się Pan z prawdą,


Dalsza polemika nie ma sensu.

Pozdrawiam
Aufmann
_________________
Przejmujący chłód betonu i stali...
 
     
Aufmann 
podpułkownik



Kraj:
Poland

Pomógł: 6 razy
Dołączył: 29 Mar 2006
Posty: 614
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-11-14, 22:33   

Schliemann napisał/a:
Niemal wyraz po wyrazie mijasz się Pan z prawdą, co należało udowodnić nie Panu (bo to bezcelowe), tylko i wyłącznie mniej wprawnym forumowiczom, którzy książki nie czytali.


Witam, Proszę, wyjaśnij problem mijania się z prawdą: "niemal wyraz po wyrazie". To chyba dla Ciebie tylko kwestia formalna.
Może to być bardzo ciekawe i pouczające cytuję słowa Schliemanna: wyłącznie dla mniej wprawnych forumowiczów. Czy na pewno?

Auf... pozdrawiam



Mam wielką nadzieję, że nie oddasz tematu "walkowerem" :oops:
Masz prawo, ba - nawet obowiązek polemizować z powyższym postem , ale mierz siły na zamiary. Nowe!
_________________
Przejmujący chłód betonu i stali...
 
     
Schliemann 
Expert



Kraj:
Vatican

Pomógł: 25 razy
Dołączył: 25 Paź 2005
Posty: 630
Skąd: z podziemi...
Wysłany: 2007-11-15, 06:35   

Ceterum censeo, Carthaginem esse delendam...

Cytat:
Wczoraj 17:42 Dalsza polemika nie ma sensu.
Wczoraj 22:33 wyjaśnij problem mijania się z prawdą


Odpowiedź już była punkt po punkcie, no i nie będę Pana wzorem zmieniał zdania co pięć godzin (prawie)...

Amen
_________________
Nigdy nie wdawaj się w spór z idiotami, postronni mogą nie zauważyć różnicy...
 
 
     
Aufmann 
podpułkownik



Kraj:
Poland

Pomógł: 6 razy
Dołączył: 29 Mar 2006
Posty: 614
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-11-15, 09:44   

Jednak walkower :oops:

Trudno wskazać błędy, których nie było. Trudniej jeszcze je opisać.
_________________
Przejmujący chłód betonu i stali...
 
     
Aufmann 
podpułkownik



Kraj:
Poland

Pomógł: 6 razy
Dołączył: 29 Mar 2006
Posty: 614
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-11-17, 02:38   

Witam,
zacytuję post w całej okazałości i w kilku następnych informacjach omówię go punkt po punkcie. Autor cytowanego postu dokonał prawdopodobnie selekcji faktów, i zaprezentował tylko te, które potwierdzały jego nieomylnie postawioną tezę. Aby uniknąć wprowadzania w błąd użytkowników forum, raz w tygodniu będę (o ile pozwoli mi wolny czas) prezentował fakty, które nasz przedmówca jeszcze nie poznał lub nie chciał poznać. One nie potwierdzały jego tezy lub wprost przeczyły założeniom. Martwi mie jeden fakt, że wspomniany kolega, nie umie przyznać się do popełnionych błędów. Popełnia rutynowe błędy, zapomina o drobnych faktach z historii. Nie liczę na odpowiedź, gdyż w zaistniałej sytuacji każda odpowiedź może być tylko negatywna.

W ocenie sytuacji uwzględniam materiały polskie i te mniej pewne rosyjskie. Oczywiście potwierdzę trafnie wybrane założenia przez naszego kolegą. Poddam negacji tylko te, które z gruntu były malwersacją faktów.


ktoś tam napisał napisał/a:
Książka ma także i inne stronnice...

Obrona tego odcinka odbywała się w wyjątkowo niekorzystnych warunkach, nie było mowy o ubezpieczeniu tyłów, obronie okrężnej itd. Przy ocenie fortyfikacji nie można sobie tego wszystkiego gładko pominąć. Zbigniew Pruski podał najważniejsze mankamenty:

- braki w uzbrojeniu i niewykończenie wielu ważnych obiektów (także brak kopuł, czy choćby opancerzenia strzelnic - przez co rozhermetyzowano schrony!)
- półamatorska i zdekompletowana załoga fortyfikacji
- niewykonanie zapór i niszczeń na przedpolu (np. pozostawienie mostu w Tynnem dla czołgów wroga!)
- brak artylerii ppanc, brak artylerii polowej (wsparcia) i częściowo tradytorowej
- brak rozpoznania i opóźniania podchodzącego przeciwnika
- brak planu obrony i planów ogniowych

ktoś tam, coś tam napisał/a:
Na dobry początek może być publikacja pana Pruskiego pt. "Bastion Polesie". Ograniczona widoczność nie sprzyjała załogom schronów bojowych, nawet w przypadku wysokiego poziomu wyszkolenia. Prowadzenie ognia w kierunku a nie do celu, jest mało efektywne. Opis znajdziesz w temacie "Walki na pozycji głównej" od strony 112.


Ad. "ograniczona widoczność" czytamy o takich przypadkach z prowadzeniem ognia przez artylerię forteczną:

Wydawano polecenia por. Pikielewiczowi (z tradytora "Ogień") otwierania ognia na czołgi radzieckie atakujące rejon "Berducha" i forsujące mostek w Tynnem. Jednak ani dowódca ani wysunięty obserwator nie widzieli celów (czołgów), więc nawet nie otwierali ognia.

Szkopuł w tym, że w następnych zdaniach podawane są wyjaśnienia takiego stanu rzeczy. Tradytor "Ogień" nie był po prostu przewidziany do prowadzenia ognia na tych kierunkach, a oczekiwane wsparcie ogniowe rejonu "Berducha" miał zapewnić zupełnie inny obiekt (nieobsadzony). Na osi żądanych ostrzałów znajdowały się albo zabudowania wsi, albo wysokopienny las. Inne przypadki "ograniczonej widoczności" to w mgła (równie dobrze "oślepia" atakowanych jak i atakujących) oraz gęste zadymienie (w wyniku użycia czołgów chemicznych z miotaczami ognia). Tych ostatnich "zabójców" autor tego tematu wykluczył spod dyskusji.

Ad. "wysoki poziom wyszkolenia":

Na stronie 123 można sobie przyczytać o niepełnych obsadach baonów fortecznych, na dodatek uzupełnianych rezerwistami niemającymi pojęcia o walce w schronach. Najlepszych żołnierzy odesłano wcześniej z Polesia do realizacji "Planu Z".

Ad. "mało efektywne rowadzenie ognia w kierunku":

Nocą 20.09.1939 ok. 2.00 piechota rosyjska usiłuje sforsować Słucz pod Tynnem (przy wsparciu czołgów). Mimo braku wsparcia polskiej artylerii (wspomniana wyżej sprawa "Ognia") ogień zaporowy z broni maszynowej otwierają pobliskie schrony. Strzelają praktycznie "na ślepo" w mrok nocy, wg osi ognia - a w zasadzie osi strzelnic. Ba! Załogi nie mają nawet planów ogniowych - bo wcześniej zniszczono dokumetację obrony (przed 17.09 planowano ewakuację).
Mimo tak niekorzystnych warunków, Rosjanom nie udaje się sforosować rzeki i natarcie zostaje odparte. Tym większe brawa dla budowniczych fortyfikacji i większa nauczka dla niedowiarków!

Są takie ćwiczenia dla dzieci pt. "czytanie ze zrozumieniem" No i jest jeszcze taka gazeta wydawana przez UPR...



Pozdrawiam Auf....
_________________
Przejmujący chłód betonu i stali...
 
     
Schliemann 
Expert



Kraj:
Vatican

Pomógł: 25 razy
Dołączył: 25 Paź 2005
Posty: 630
Skąd: z podziemi...
Wysłany: 2007-11-17, 10:18   

Witam.

Zacytuję post w całej okazałości i w kilku następnych informacjach omówię go litera po literze. Autor cytowanego postu prawdopodobnie przez pięć godzin nie rozumiał o czym pisał jego wredny interlokutor, potem dokonał selekcji faktów i zaprezentował tylko te, które potwierdzały jego nieomylnie postawioną tezę.[/quote]

Aufmann napisał/a:
Dalsza polemika nie ma sensu.

Pozdrawiam
Aufmann
_________________
Nigdy nie wdawaj się w spór z idiotami, postronni mogą nie zauważyć różnicy...
 
 
     
Aufmann 
podpułkownik



Kraj:
Poland

Pomógł: 6 razy
Dołączył: 29 Mar 2006
Posty: 614
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2007-11-17, 18:38   

Witam,
Wszystko zaczęło się od zakwestionowania wypowiedzi Eksperta:

Schliemann napisał/a:
Ograniczona widoczność? W praktyce niewielki problem - dużo gorszy dla szturmujących. Przewagą załogi fortecznej jest zawsze ultraprecyzyjna znajomość terenu i perfekcyjne zaplanowanie (przynajmniej jest taka możliwość) systemu ogni zaporowych.


Po wymianie kilku postów, Ekspert stwierdza, co miło było mi zauważyć:

Schliemann napisał/a:
Wydawano polecenia por. Pikielewiczowi (z tradytora "Ogień") otwierania ognia na czołgi radzieckie atakujące rejon "Berducha" i forsujące mostek w Tynnem. Jednak ani dowódca ani wysunięty obserwator nie widzieli celów (czołgów), więc nawet nie otwierali ognia.


Ponieważ wątek „ograniczonej widoczności” prowadzony jest w temacie „Kryteria oceny obiektów”, Ekspert dodaje:

Schliemann napisał/a:
Szkopuł w tym, że w następnych zdaniach podawane są wyjaśnienia takiego stanu rzeczy. Tradytor "Ogień" nie był po prostu przewidziany do prowadzenia ognia na tych kierunkach, a oczekiwane wsparcie ogniowe rejonu "Berducha" miał zapewnić zupełnie inny obiekt (nieobsadzony). Na osi żądanych ostrzałów znajdowały się albo zabudowania wsi, albo wysokopienny las.



Poszukajmy więc obiektu, który miał dać oczekiwane wsparcie ogniowe obrońcom i zniszczyć lub zatrzymać czołgi forsujące mostek w Tynne.
Taki obiekt znajdujemy w sąsiednim sektorze Tyszyca, rejon Bogusze (odcinek, jak i obiekt nie był obsadzony). Odległość pomiędzy wspomnianym obiektem i mostkiem w Tynne wynosi około 5,0 – 6,0 km. Ocenę skuteczność walki z czołgami na tym dystansie pozostawiam Ekspertowi. Tu należy wspomnieć, że żaden z obiektów sektora Tynne nie planowano wyposażyć w armatę ppanc. i żaden z wybudowanych obiektów nie wyposażono. Konsekwencje tego są nam znane. Wyciągnięcie wniosków pozostawiam Ekspertowi.

W kolejnym (wszystkie posty cytuję chronologicznie) poście Ekspert używa zwrotu:

Schliemann napisał/a:
Obiektywnie patrząc, jedynie czynnik ludzki zaważył o porażce (też nie do końca porażce), same fortyfikacje (a o nich przecież jest temat) były w zasadzie znakomicie zaplanowane. Plan ogniowy, obserwacja itd. chyba, że ktoś naiwnie wierzy, że powinna być, może nawet musi być! .


Co więc z pierwszym stwierdzeniem o „ograniczonej widoczności”? Można uznać, że Ekspert zauważył nieścisłość. W kolejnych postach dążył do skorygowania nieścisłości, co potwierdza ostatni cytat.

Pozdrawiam Auf…
_________________
Przejmujący chłód betonu i stali...
 
     
cywil 
sierżant


Dołączył: 18 Lis 2006
Posty: 35
Wysłany: 2009-03-24, 01:52   

 
Samoobrona obiektów na przykładzie Polesia

Wszystkie cytaty, na niebiesko, z książki "Bastion Polesie" Zbigniewa Pruskiego.

Schrony Polesia budowano zazwyczaj w odległościach odpowiadających granicy zasięgu ich głównej broni, czyli ckm. Stąd ich wzajemne wsparcie nie było skuteczne, zatem ich możliwości samoobrony ograniczały się do takich możliwości pojedynczych obiektów.

Jednocześnie, mimo dużych strat, nieprzyjaciel zaczął obkładać ściany schronów materiałami łatwopalnymi.

Pomijając na razie ocenę takich metod walki ze schronami, przede wszystkim zwraca uwagę fakt, iż takie działania okazały się wykonalne. Nie wystawia to dobrego świadectwa zdolności tych obiektów do samoobrony.

Politruk Sawicki:
Dynamika działań była następująca. Artyleria głuszyła ogień schronu, w ten czas czołgi podchodziły blisko do strzelnic i zakrywały swoim kadłubem otwory, nie dawały możliwości prowadzenia ognia ckm, piechota korzystając z tego zasypywała strzelnice ziemią. Wtedy podpełzali saperzy i zakopywali pod schrony 100 kilogramowe ładunki amonitu. Wtedy nakazywano garnizonom schronów poddawać się, jeśli odmawiali, schron wylatywał w powietrze.
Pruski:
Należy uzupełnić, że ładunki podkładane były pod wejścia do schronów, aby umożliwić piechocie wtargnięcie do jej wnętrza. W przypadkach gdy było to niemożliwe, schrony podpalano przy użyciu czołgów chemicznych typu OT-26 i OT-130, osłanianych przez czołgi T-26.

Oczywiście nie wszystko szło tak łatwo, niemniej faktem jest, że spośród zaatakowanych w ten sposób schronów większość padła. Żaden nie został zburzony przez artylerię, zresztą sowiecka 60 DS nie została wzmocniona przez zdolne tego dokonać najcięższe haubice - obronę przełamano bez tego.

Walka poszczególnych odosobnionych schronów i ich likwidacja wskazuje na znaczenie zdolności obiektu do obrony okrężnej i rolę skutecznej obrony wejść. W bezpośredniej obronie obiektu niezwykle skuteczne okazały się granaty ręczne, stąd znaczenie optymalnego rozmieszczenia ich wyrzutni w ścianach schronów.

Te wnioski Pruskiego przyjmuję za podstawę dla dalszej analizy.

Ponieważ piszę teraz o samoobronie, dlatego wykonywanie przez schrony ich zadań głównych - zazwyczaj obrony ogniem bocznym linii zapór - będę omawiał tylko w stopniu tu koniecznym.

Jak wyjaśniałem na początku tego wątku, na przykładzie km, w praktyce żadna broń nie jest w stanie samodzielnie zapewnić obiektom bezpieczeństwa. Dlatego, w nawiązaniu do zaprezentowanych tu metod zwalczania schronów, widzę konieczność 3-warstwowego systemu samoobrony:
1. Obrona podejść - daleka i bliska. Wyjaśnię, dlaczego konieczne jest to rozróżnienie.
2. Obrona bezpośrednia ścian i stropów.
3. Obrona wewnętrzna obiektów, w tym obrona wejść.


Obrona podejść

Obrona podejść jest obroną okrężną. Wynika to stąd, że będąca głównym zadaniem schronów obrona linii zapór, na dystansach do 600 m, ma ograniczoną skuteczność. Jest w stanie bowiem powstrzymać zmasowany nawet atak, wykonywany biegiem, ale ma problem z zatrzymaniem małych samodzielnych grup, posuwających się metodą skoków i czołgania się. Dlatego infiltracja pierwszej linii przez takie grupy jest w zasadzie nieunikniona, z czego następnie wynika zagrożenie obiektów potencjalnie ze wszystkich kierunków.

Oczywistym zadaniem obrony podejść jest powstrzymanie przeciwnika możliwie daleko od bronionego schronu. Ale realne to będzie tylko wobec stosunkowo niewielkich atakujących sił. Przy większych siłach, atakujących z różnych kierunków, realne będzie tylko powstrzymanie lub opóźnianie niektórych wybranych grup, tak aby przeciwnik nie mógł uderzyć na schron równocześnie całą potencjalną siłą. Czyli zadaniem będzie wtedy stworzenie korzystniejszych warunków walki dla kolejnych warstw systemu samoobrony.

W naszych schronach, które na ogół były typowymi tradytorami, mającymi główne strzelnice na skrzydłach, do ognia bocznego, naturalnym środkiem obrony podejść na innych kierunkach zdawałyby się być ckm w kopułach pancernych. A tymczasem...

W związku z postępem prac na Polesiu i wzrostem ich kosztów, Inspektor Saperów dążył do optymalizacji i najbardziej racjonalnej konstrukcji obiektów, w związku z czym zwracał uwagę, że żądano od kopuł pancernych ognia okrężnego, czyli tego samego co od wież obrotowych ckm, wobec tego kopuła musiała mieć po 6 otworów, zamiast wykonywanych wówczas trzech. Ze względu na hermetyczność wskazane było jednak ograniczenie liczby otworów (...)

Czyli Pan Inspektor troszczy się, by kopuły nie powielały, niepotrzebnie a ze szkodą dla hermetyczności, funkcji obrotowych wież ckm, których mieliśmy wszak pod dostatkiem... No dobra, nie znęcajmy się aż tak, bo zdaje się że Pan Inspektor ma propozycje:

Kopuła jako narzędzie ognia czołowego, zdaniem Inspektora Saperów powinna mieć 3 strzelnice co 60°, razem 180° pola ostrzału, ponadto 2-3 małe otwory strzelnicze na pistolety automatyczne dla obrony nawierzchni obiektu. Wszelkie ognie do tyłu powinny być dawane ze strzelnic w izbach bojowych. Racjonalniej było mieć dla ogni ryglowych w tył osobną strzelnicę, która mogła dać ognie także wtedy gdy zaistniała potrzeba obrony obiektu od czoła.

Teoretycznie, brzmi to już całkiem rozsądnie. Ale haczyk jest w określeniu "ognie ryglowe". Oznaczało to w praktyce, że część schronów miała jedną dodatkową strzelnicę ckm, do ognia wzdłuż zapory ryglowej. Chyba nie trzeba tłumaczyć, że ta jedna - jeśli była - strzelnica nie da ognia w brakującym sektorze ok. 180°. Inspektor Saperów znał plany obiektów, jednak nie zrobił nic aby zapewnić każdemu po 2-4 (zależnie od kąta strzelnic głównych) strzelnice ckm skierowane w tył. Poniekąd rozumiem go - to by oznaczało zupełne przeprojektowanie schronów, ze znacznym wzrostem kubatury i oczywiście kosztów. Tylko że reszta świata znalazła z tego wyjście w postaci jednak 6-strzelnicowych kopuł (gdy nie było wież obrotowych), a on musiał się upierać?

Trzeba tu brać też pod uwagę nasze swoiste oszczędzanie na uzbrojeniu. Typowy schron tradytorowy miał 4 strzelnice ckm, po 2 dla każdego głównego kierunku ognia. Ale etat przewidywał z reguły tylko 2 ckm na taki obiekt. Jeżeli miał dodatkowo piątą strzelnicę, do ognia ryglowego w tył, to etat dalej przewidywał tylko 2 ckm. Dopiero gdy były kopuły, to dodawano po 1 ckm na każdą. Ktoś myślał, że uzupełnią to rkm-y? Dla ogromnej większości schronów etat przewidywał 1 rkm. Czyli nie dało się nawet wysłać patrolu wzmocnionego tą bronią, by nie zostało w środku zero. Po 2 rkm, oprócz nielicznych największych obiektów, miały tylko schrony obserwacyjne, nie dysponujące żadną cięższą bronią. Na pewno należało coś z tym zrobić, bo oprócz niemożliwości przeciwstawienia się silnym atakom nawet na główną zaporę, oznaczało to też zupełny brak rezerw na wypadek uszkodzenia którejś broni.

Zgodnie ze światową tendencją, przyjmuję dalej że podstawowym środkiem obrony okrężnej powinny być 6-strzelnicowe kopuły ckm. W związku z tym każdy obiekt powinien mieć przynajmniej jedną, niezależnie od strzelnic głównych i ryglowych. A odpowiadając na słuszne zastrzeżenie Inspektora Saperów, że nieraz ognie w przód i w tył będą równie ważne, proponuję przyjąć orientacyjnie że tam gdzie u nas planowano co najwyżej kopułę rkm należy dać kopułę ckm (zachowując obserwacyjną gdy potrzebna), tam gdzie planowano kopułę ckm (czyli uznano ogień w przód za ważny) należy dać dwie, a tam gdzie planowano dwie należy uznać że to wystarczy.

Rkm proponuję wykluczyć z tej kalkulacji, bo nasz wz. 28 należał do najsłabszych, mając szybkostrzelność praktyczną tylko ok. 60 strz./min. Odpowiadało to sile ognia zaledwie dwóch samopowtarzalnych kb. Toteż traktowałbym ten rkm jako cenne nieraz, ale tylko uzupełnienie poważniejszych broni.

Kopuła ckm jako środek obrony podejść nie da się np. zasłonić czołgami, ale z powodu wysokiego położenia ma inną wadę - pozostawia martwą strefę w pobliżu obiektu. Temu zaradzić może tylko broń stromotorowa, czyli każdy schron potrzebuje dodatkowo granatnika pod zagłębioną kopułą pancerną, bo tylko kopuła umożliwi mu ogień okrężny. To byłaby bliska obrona podejść, o której wyżej pisałem. Zresztą, gdyby jednak zastosować zamiast kopuł wieniec strzelnic, to one też miałyby martwe strefy - mniejsze w pobliżu obiektów, ale sięgające dalej. Czyli na granatniku nie da się zaoszczędzić.

O braku takiej broni w naszych schronach być może zadecydowało założenie, że dla fortyfikacji nie będzie się konstruować broni specjalnych, a tylko zastosuje to co już ma piechota i artyleria. Tymczasem nasz granatnik piechoty 46 mm strzelał pod stałym kątem podniesienia 45°, zasięg regulując zmiennym ciśnieniem w lufie. Tym samym miał martwą strefę na najbliższych odległościach, czyli tam gdzie granatnik forteczny był najbardziej potrzebny. Ponadto, tego rodzaju broń forteczna, włączając moździerze, powinna mieć gwintowane lufy i ładowanie odtylcowe, ze względów bezpieczeństwa. Pozwalało to bowiem stosować amunicję o "artyleryjskim" systemie zabezpieczeń zapalników, znacznie lepszym od moździerzowych. Bo jakikolwiek wybuch w schronie miał skutki o wiele gorsze niż na stanowisku polowym.

Taka broń miałaby szersze zastosowanie niż tylko obrona bliskich podejść. Oczywiste, że mogłaby bronić stropów obiektów, strzelając pionowo. Ale ponadto uzupełniała by ogień ckm wszędzie tam, gdzie teren, zwłaszcza zryty przez artylerię, dawałby ukrycie przeciwnikom. A w związku z tym zastosowaniem zasięg takiego granatnika mógłby wynosić nieco ponad 600 m, bo tyle wynosił, przyjmowany i na Polesiu, zasięg maksymalnej skuteczności ognia ckm do biegnących przeciwników. Dodatkowo byłby to też środek oświetlania pola walki, we wszystkich kierunkach, a nie tylko tam gdzie były reflektory.


Obrona bezpośrednia

Jak wyżej cytowałem, Pruski podkreśla szczególne znaczenie zrzutni granatów ręcznych dla skutecznej bezpośredniej obrony obiektów. A tymczasem...

Interesujące jest, że zrzutnie te wymieniane są często w warunkach wykonawczych do budowy schronów, natomiast w rzeczywistości wykonano je w nielicznych obiektach.

Dla mnie interesujące jest to "często" zamiast "zawsze". Poza tym Inspektor Armii mógł po prostu nie odbierać spartaczonych obiektów, ale kazać najpierw wykuć te brakujące zrzutnie - po kilku takich przygodach wykonawcom już by się chciało robić je od razu. Ale widać z tego że problem był powszechnie lekceważony.

Oprócz zrzutni granatów, kolejnym ważnym środkiem obrony bezpośredniej były strzelnice, dające ogień wzdłuż odkrytych ścian, co zapobiegało podkładaniu pod schron ładunków wybuchowych, jak i atakom na strzelnice główne. Jednak w schronach z przelotnią prawie takich nie było, dopiero większość tych z labiryntem otrzymała taką obronę tylnej ściany z wejściem. Niestety, prawie nigdzie nie było podobnej obrony ścian ogniowych, czyli tych ze strzelnicami głównych broni.

Ponieważ pod każdą strzelnicą jest martwa strefa ostrzału, a poza tym ściany schronów mogą być nierówno obsypywane przez wybuchy, stąd wniosek że zrzutnie granatów powinny być we wszystkich ścianach, nawet tych bronionych ogniem ze strzelnic.

Zwraca uwagę fakt, że rzadko tylko wejścia do naszych schronów były chronione okapem.

Pozostaje obrona stropów obiektów. Jak wyżej cytowałem, wg Inspektora Saperów służyły temu 2-3 strzelnice pistoletowe w tylnych ścianach kopuł ckm. Ale rzeczywiście instalowane kopuły w większości miały tylko jedną taką strzelnicę. Pozostawały jeszcze kopuły rkm, z których można było wyrzucać granaty. Ale w tym celu należało w pełni otworzyć strzelnicę, o rozmiarach 10x10 cm. W sytuacji gdy przeciwnik mógł być w odległości pojedynczych metrów, mogło to skończyć się bardzo różnie.

Tak więc w dziedzinie obrony bezpośredniej widać pewne dobre chęci, jednak poszczególne rozwiązania bywały albo zaniedbywane, albo zdecydowanie niedopracowane.


Obrona wewnętrzna

Pierwszym elementem obrony wewnętrznej jest wejście. Znane mi są trzy rodzaje w miarę porządnych wejść:

1. Przelotnia. Jest to para wejść zamykanych kratą forteczną, połączonych korytarzem równoległym do tylnej ściany. W korytarzu, niewidoczne z zewnątrz, znajdują się drzwi pancerne prowadzące do wnętrza obiektu. Para wejść jest z reguły broniona przez wewnętrzne strzelnice, w naszym rozwiązaniu podobnie broniony jest też wspomniany korytarz. Jednak w epoce zwiększonego zagrożenia schronów ze strony saperów, było to już rozwiązanie przestarzałe. Przelotnia zajmuje bowiem znaczną część tylnej ściany, co w większości przypadków uniemożliwia zastosowanie zewnętrznej strzelnicy obrony bezpośredniej, jak i zrzutni granatów w tej ścianie. Przelotnie stosowano u nas w pierwszym okresie budowy na Polesiu, natomiast do końca wierni pozostali im Sowieci.

2. Wejście załamane, inaczej labiryntowe, stosowane w drugim okresie budowy na Polesiu, jest uderzająco podobne do niektórych rozwiązań niemieckich - np. Pzw 727. W porównaniu do nich nasze jest nieco bardziej kompaktowe, ma lepsze, bezpieczniejsze usytuowanie głównych drzwi pancernych i odznacza się koncentracją ognia wewnętrznej obrony przed drzwiami pancernymi - ostrzeliwany jest korytarz tak jak w przelotni, zamiast przedsionka za drzwiami, jak u Niemców. W porównaniu z przelotnią ten rodzaj wejścia zajmuje mniej miejsca wzdłuż tylnej ściany (w zasadzie jest połówką przelotni, rozbudowaną w głąb), co z reguły pozwala zastosować tu zewnętrzną strzelnicę obrony bezpośredniej.

3. Wejście proste. Stosowane powszechnie np. we francuskich i czeskich tradytorach piechoty. Ma postać korytarza, zakończonego strzelnicą, który od kraty fortecznej prowadzi prosto w głąb obiektu. Główne drzwi pancerne są w jego bocznej ścianie, zwykle obok strzelnicy. Za nimi znajduje się śluza gazowa, albo od razu pomieszczenia schronu. Wielką zaletą tego rodzaju wejścia jest minimalne zajmowanie tylnej ściany obiektu, co pozwala rozbudować tam system strzelnic obrony bezpośredniej - nieprzypadkowo francuskie i czeskie schrony są pod tym względem najlepsze. W dodatku można takie wejście, w formie kompaktowej, stosować nawet w małych obiektach, jak czeskie wz. 37.

Być może wejście labiryntowe okazałoby się bardziej odporne na eksplozje niż wejście proste. Ale podłożenie więcej trotylu nie było dużym problemem, powinno nim być natomiast samo dotarcie pod ścianę. Dlatego wejście proste, jako dające najwięcej możliwości rozbudowy obrony bezpośredniej, oceniam najwyżej.


W każdym przypadku obrona wenętrzna kończyła się na drzwiach pancernych, ewentualnie bezpośrednio za nimi, natomiast dalej nie było już nic. Ja jednak widzę potrzebę dalszego pogłębienia tej obrony, ze względu na dwa potencjalne zagrożenia. Pierwszym jest możliwość zburzenia części schronu, przez saperów lub artylerię, i dostania się tą drogą grupy szturmowej do wnętrza. Drugim jest stosowanie podstępów, np. grup szturmowych w polskich mundurach. Taka niepewna grupa nieraz powinna być wpuszczona, gdy silny ostrzał nie pozwoli na trzymanie - możliwe przecież że własnych - ludzi na zewnątrz.

Dla pogłębienia obrony wewnętrznej proponuję w każdym schronie wyróżnić korytarz główny, który byłby jedynym połączeniem najważniejszych pomieszczeń i grup pomieszczeń. W jego obydwu szczytowych ścianach powinny znajdować się strzelnice pistoletów maszynowych, lub zwykłych pistoletów w mniejszych schronach, uzupełnione przez wewnętrzne zrzutnie granatów, zwłaszcza na wypadek braku światła. Ściany tego korytarza powinny być proste, a drzwi do pomieszczeń równo ze ścianą, tak by nie było żadnych ukryć.

Faktycznie w niejednym przypadku nasze schrony miały taki korytarz, trzeba go było tylko poprawić w szczegółach, zwłaszcza likwidując załamania i nisze, a przede wszystkim instalując opisane środki obrony. W wielu innych wymagało to zmiany projektu, ale gdyby pomyślano o tym od początku, to problem by nie zaistniał.

Należałoby też przewidzieć pomieszczenie filtracyjne, dla niepewnych ludzi przychodzących z zewnątrz. Najprościej chyba byłoby przeznaczyć do tego izbę pogotowia, z założenia mającą miejsca siedzące dla 1/3 załogi. W sąsiednich pomieszczeniach dobrze byłoby mieć środki dyskretnej obserwacji i podsłuchu.


Obserwacja i kierowanie ogniem

Dowódcą każdego ckm na stanowisku polowym był karabinowy, który prowadził obserwację i podawał celowniczemu cele do zwalczania. Celowniczy bowiem, skupiony na swoim zadaniu, nie mógł jednocześnie oceniać sytuacji taktycznej, ani wypatrywać innych potencjalnych celów. W fortyfikacji te możliwości celowniczego były jeszcze o wiele mniejsze, bo dochodziło znaczne ograniczenie sektora obserwacji przez urządzenia celownicze broni za pancerzem.

Chyba tylko Niemcy przenieśli reguły tej walki w polu do fortyfikacji, stąd u nich każdej strzelnicy km, w kazamacie czy w kopule, towarzyszyła szczelina lub peryskop dla obserwatora-karabinowego. Brak takiego rozwiązania w naszej i innej broni fortecznej znacznie ograniczał jej skuteczność, zwłaszcza w funkcji obrony podejść, gdzie ocena stopnia zagrożenia przez poszczególne grupy przeciwników ma zasadnicze znaczenie.

Jeszcze gorzej byłoby w przypadku granatnika, którego głównym zadaniem ma być ostrzał martwej strefy w pobliżu schronu, niewidocznej z kopuł ckm. Bo widoczność z jeszcze niżej położonej kopuły tej broni byłaby jeszcze bardziej ograniczona, więc dodanie tam jakiegoś peryskopu nic by nie dało. Podobny problem stwarzało użycie zrzutni granatów, dokonywane u nas chyba "na czuja" - bo nie wiem jak inaczej.

Myślę że jedynym racjonalnym wyjściem byłoby zastosowanie w obiektach centralnego stanowiska kierowania walką, zwłaszcza bliską. Schodziłyby się tam meldunki zarówno ze stanowisk bojowych, jak i obserwacyjnych, a wychodziły rozkazy dla poszczególnych broni. Jednak dla opanowania najbliższego sąsiedztwa schronu trzeba było więcej niż u na stanowisk obserwacyjnych w ścianach, w tym również patrzących wzdłuż. Czyli nie obyłoby się bez dodania peryskopów ścianowych.

Takie kierowanie walką z centralnego stanowiska zapewniłoby najbardziej optymalne wyznaczanie celów, oraz ich kojarzenie ze środkami zwalczania. Jednak coś za coś - bo rozdzielenie funkcji obserwacji, decyzji i wykonania musi prowadzić do opóźnienia reakcji. Stąd bardzo wartościowym elementem obrony pozostają strzelnice obrony bezpośredniej, gdzie takiego opóźnienia nie ma, co jest kolejnym argumentem na rzecz ich szerszego niż u nas stosowania, nie zamiast, ale oprócz zrzutni granatów.


Problem czołgów

Wszystko powyższe nie uwzględnia działania czołgów przeciwnika. Jednak problem skutecznej obrony ppanc. fortyfikacji jest na tyle rozległy, że nie będę go tutaj omawiał. Tu poruszę tylko te aspekty, które odegrały rolę w opisywanym przez Pruskiego przełamaniu naszej obrony Sektora Tynne.

Sektor ten nie otrzymał, nawet w planie, żadnej broni ppanc. Podobno z powodu oparcia obrony o rzekę Słucz, chociaż to tłumaczenie w stosunku do wysuniętego przed rzekę rejonu Berducha, który miał nawet zaporę przeciwczołgową, ale nie miał armat, jest tragikomiczne.

Ja wolę nie ułatwiać sobie krytyki, dlatego przyjmuję że most na Słuczy został planowo zniszczony, zaś schrony są etatowo wyposażone, również w te feralne wkładki do strzelnic ckm. Nieszczęsną Berduchę pomijam. Czy w takich warunkach potwierdziłaby się słuszność zaoszczędzenia tu na obronie ppanc? Uważam, że nie.

Po pierwsze, nasi jakby nie słyszeli o czołgach pływajacych. Co prawda sowieckie T37/38 nie były wybitnym osiągnięciem, ale do zastawiania strzelnic by się nadawały. Jako jednorazówki, bo ich pancerz nie chronił przed ppanc. pociskami ckm, ale takie graty opłacało się poświęcić. Ponadto, grasując swobodnie na tyłach, mogły rwać łączność telefoniczną, która tam wychodziła spod ziemi na słupy, oraz ogólnie izolować schrony od zaplecza. Oczywiście, późniejsze T40 mogłyby więcej.

Po drugie, skoro artyleria potrafiła oślepiać schrony, to sforsowanie rzeki, zarówno przez piechotę jak i czołgi T26, było tylko kwestią czasu. A wtedy niemal powtórzyłyby się te nieszczęścia, jakich nasza obrona zaznała w 1939 r.

Sowieci użyli tam zasadniczo dwóch typów czołgów lekkich: podstawowych, z armatą 45 mm, oraz tzw. chemicznych, czyli miotaczy ognia. Gdyby nasze ckm-y strzelały ze stanowisk w pełni zabezpieczonych pancerzem, to na pewno wielu kaemistów ocaliłoby życie. Ale nie sądzę, by czołgi nie mogły nic tej broni zrobić. Mieliśmy bowiem w strzelnicach jarzma kuliste, bardzo wrażliwe na zachowanie swego kształtu. Tymczasem każde trafienie w to miejsce pociskiem o dużej prędkości, nawet bardzo dalekie od możliwości przebicia, powoduje odkształcenie okolicy trafienia. W ten sposób bardzo prawdopodobne jest zagwożdżenie broni.

Czołgowe miotacze ognia najefektywniej mogły być użyte do paraliżowania systemu wentylacji obiektów. Czerpnia powietrza znajdowała się zawsze w wejściu, zatem wystarczyło by taki miotacz ustawił się naprzeciw niego, a następnie od czasu do czasu podtrzymywał tam ogień. Gorące spaliny, bez tlenu, za to na pewno z dużą ilością czadu, ani nie mogły napędzać generatorów, ani tym bardziej służyć do oddychania. Załodze pozostawały więc aparaty tlenowe, na jakiś czas. To pokazuje kolejne braki naszych schronów: brak zapasowych czerpni powietrza, np. na stropie, oraz oczywiście zapór przeciwczołgowych wokół każdego.
 
 
     
cywil 
sierżant


Dołączył: 18 Lis 2006
Posty: 35
Wysłany: 2009-03-24, 02:12   

 
Samoobrona grup obiektów

Postulaty ulepszenia samoobrony obiektów, jakie wyżej przedstawiłem, są zupełnie minimalistyczne. Przykładowo, jeżeli z 6 sektorów ognia po 60° odliczyć 2 na boczne strzelnice, to pozostałe 4 bronione są przez 1-2 ckm w kopułach. Obrona bezpośrednia w tej propozycji wydaje się szczelna, ale wystarczy że obserwator coś przeoczy, dowódca popełni błąd, coś się zatnie i... pobudka w innym świecie.

Przyjmując tutaj bez komentarza liniowy system obrony, zastosowany na Polesiu, skoncentruję się tylko na tym jak go ulepszyć. A ponieważ zdolności samoobrony pojedynczych obiektów zawsze będą niewystarczające, jedynym wyjściem jest ich grupowanie - w ramach linii parami, po dwa.

Istotne jest w związku z tym określenie optymalnej odległości obiektów. Dla bezpieczeństwa im bliżej tym lepiej, ale z kolei im dalej tym oszczędniej. Ja przyjmuję, w ramach 600 m zasięgu maksymalnej skuteczności ckm, że ich ogień powinien sięgać nie tylko do sąsiedniego obiektu, ale dalej na dodatkowe 200-300 m, aby odpierać ataki z przeciwnego kierunku. Z tego wynika odległość 300-400 m w ramach pary, czyli modułu obronnego.

Czy teraz, skoro obiekty modułu traktujemy łącznie, można zaoszczędzić na kopułach i przyjąć po jednej na obiekt tam, gdzie pojedyncze obiekty miałyby po dwie? Myślę że nie zawsze, ale w wielu przypadkach tak, bo wobec zbliżenia schronów praktycznie odpada zagrożenie atakiem ze środka modułu i tym samym pozostaje mniej sektorów do obrony przez poszczególne obiekty. Zapewne też nieraz najlepiej byłoby zastosować kompromis, w postaci 3 kopuł na 2 schronach.

Na Polesiu nieraz wzmacniano obronę, nadając jej postać 2-3 linii. Analogicznie, proponuję wmacniać moduły, poprzez rozbudowę w głąb. Tak więc do 2 obiektów w pierwszym rzucie dodałbym 1-2 w drugim, ale w odległości już tylko 200-300 m od pierwszego, bo w przeciwieństwie do rozmieszczania wzdłuż frontu, nie widzę żadnej korzyści z większego pogłębiania obrony - wyjąwszy przypadki umieszczania wewnątrz modułu obiektów artyleryjskich. Schrony pierwszego rzutu miałyby dodatkowo po jednej tylnej strzelnicy ckm, do ogni ryglowych.

Jeżeli w drugim rzucie modułu będą dwa schrony, to mogą być one podobne do tych w pierwszym i tworzyć drugą linię obrony, powiązaną tak jak pierwsza z sąsiednimi modułami. Jeżeli będzie jeden, to najlepiej zastosować schron wykopowy (zagłębiony), uzbrojony w 2 ckm w kopułach. W tym przypadku ckm w kopułach nie będą miały martwej strefy w pobliżu obiektu. Czy wobec tego zbędny jest granatnik? Może, chociaż jednak trudno się go wyrzec, bo pozostaje obrona stropu, jak i możliwość wsparcia tą bronią sąsiadów.

Granatniki w kopułach dawały też możliwość stosowania tam zamiennie broni przeciwlotniczej, np. nkm 20 mm, przeciwko bombowcom nurkującym. Pojedynczy obiekt miałby zbyt małą siłę takiego ognia, ale moduł już w sam raz, by wpłynąć na celność bombardowań.


Czy, gdyby pominąć wskazywane tu oszczędności, a w zamian jeszcze powiększyć liczbę stanowisk broni oraz obiektów w module, dałoby się uzyskać w pełni skuteczną samoobronę? Zapewne tak, ale ja wątpię w sensowność takiej opcji. Bo samoobrona to jeszcze nie samodzielność i zamiast mylić te pojęcia, należy dążyć do optymalnej równowagi wszystkich składników tej samodzielności.

Możliwości samoobrony ograniczają się w najlepszym razie do powstrzymania szturmu. Jednak przeciwnik, wykorzystując nierówności terenu, a tym bardziej leje, będzie w stanie trwale utrzymać się stosunkowo blisko obiektów. A w takich warunkach, jeżeli atakującym wystarczy determinacji i cierpliwości w oczekiwaniu na okazje, których w miarę narastającego zmęczenia obrońców nie zabraknie, to sukces kolejnego szturmu będzie kwestią czasu.

Ta względna bezradność samoobrony w radzeniu sobie z taką sytuacją wynika prosto z właściwości jej środków ogniowych. Jest to bez wyjątku broń rażąca płasko - oczywiście broń strzelecka, w tym ckm, natomiast czynnikiem rażenia granatników, ewentualnych moździerzy 81 mm czy wspierających to wszystko tradytorowych armat 75 mm są odłamki, również lecące płasko, podobnie jak lotki szrapnelowe. Podmuch pocisków wymienionych tu broni jest za słaby by coś zmienić i skryty w ziemi przeciwnik pozostaje niezagrożony, bo na wstrzeliwanie się kolejno do poszczególnych dołków, aby je bezpośrednio trafić, schronom zwyczajnie nie wystarczy amunicji.

Jak sobie u nas z tym poradzono? Prostym stwierdzeniem:

Bez artylerii ciężkiej wojsk polowych utrzymanie odcinka [Sarny] było zadaniem niemożliwym do wykonania.

Zgadzam się że tak było, nie zgadzając się zarazem że tak być powinno, ale to już inny temat.
 
 
     
cywil 
sierżant


Dołączył: 18 Lis 2006
Posty: 35
Wysłany: 2009-05-21, 00:21   

 
Rowy diamentowe

Cytaty, na niebiesko, z Forteca nr 14

Rowy diamentowe były charakterystycznym, a przy tym kontrowersyjnym elementem samoobrony wielu, zwłaszcza francuskich i pochodnych ciężkich obiektów. W starszych rozwiązaniach taki rów otaczał w sposób ciągły boczne (ogniowe) i tylne ściany schronów. Od przodu było to niemożliwe, bo czołowe, tzw. narażone ściany chronił dodatkowy okład kamienny. W nowszych obiektach, w tym czeskich, występowały już tylko odcinki chroniące strzelnice broni głównych.

W ogóle forma takich, zwłaszcza samodzielnych obiektów, tzw. tradytorów międzypola, przypominała miniaturowe forty. I analogicznie, ich rowy diamentowe to odpowiedniki czy raczej namiastki fos. Namiastki, bo ich rola była bierna, nie miały odpowiedników kaponier, czyli strzelnic w dolnej kondygnacji ostrzeliwujących płaskim ogniem ich dno. Bo strzelnice obrony bezpośredniej umieszczano w górnej kondygnacji, skąd skośnie w dół mogły dosięgnąć tylko niewielkich odcinków rowów.

Przyjęte rozwiązanie zdawało się mieć tę zaletę, że można było ostrzeliwać również podejścia do schronów, czyli oszczędzić na kopułach. Ale to co strzela dalej, również naraża się na ogień, co czyniło te strzelnice, wykonane w stosunkowo cienkich ścianach, chyba najsłabszymi punktami konstrukcji obiektów. Tymczasem w epoce ciężkich czołgów było to nie do przyjęcia i jedynym sensownym wyjściem, poza umieszczeniem całej broni w wieżach i kopułach, było zejście z obroną przeciwszturmową w dół, w celu jej schowania. Pomyśleć, że dziadowie znacznie dawniej na to wpadli...

Z powyższego wynika że rowy diamentowe były przede wszystkim elementem obrony przeciwszturmowej, zaś inne ich funkcje, np. zbiorników wystrzelonych łusek, były pomocnicze.


W 1940 roku bombowcom nurkującym udawało się czasem trafić bezpośrednio w rów diamentowy. Eksplozje bomb doprowadzały wówczas do groźnych uszkodzeń (pęknięć) obiektów, rodząc uzasadnione chyba obawy, że użycie cięższych bomb skutkowałoby ich zniszczeniem. Przykład:

Olbrzymi wybuch, którego siła w większości skumulowała się w małej przestrzeni rowu, zatrząsł obiektem. W dolnej kondygnacji doszło do wygięcia ściany i zostało zdemolowane wyposażenie izby filtrów. Wzdłuż całej ściany schronu pojawiła się szczelina.

Potencjalnie groźne byłyby też wprowadzone później Goliaty. Tak więc rów diamentowy okazał się słabym punktem schronu.

Z drugiej strony jednak brak takich rowów - w obiektach jednokondygnacyjnych - sprawiał iż uznawano je za słabo chronione przed bezpośrednim szturmem. Zauważmy że takie rowy, gdyby miały je nasze schrony na Polesiu, nie pozwoliłyby sowieckim saperom podkopywać się wprost pod ściany aby je wysadzać. Tak więc rowy diamentowe okazały się złym rozwiązaniem, ale ich brak był jeszcze gorszy.

Czy można było coś na to poradzić? Ja sądzę że tak i niniejszym przedstawiam swój pomysł. Zagrożenie, jakie dla schronu stwarzał rów diamentowy, wynikało stąd iż wybuch na jego dnie następował tuż przy ścianie dolnej kondygnacji, zaś w ciasnej przestrzeni fala uderzeniowa znajdowała ujście tylko do góry. Tu nowsze rozwiązania były gorsze od starych, gdzie fala ta mogła rozchodzić się dodatkowo wzdłuż ściany.

W tej sytuacji proponuję radykalne rozwiązanie, w postaci zmniejszenia głębokości rowu, tak aby jego dno było na poziomie stropu dolnej kondygnacji. Aby zaś rów nie okazał się zbyt płytki, strop ten należałoby znacznie pogrubić. Przykładowo, zakładam strop międzykondygnacyjny grubości 150 cm i taką w związku z tym głębokość rowu. Z kolei osie strzelnic byłyby też 150 cm nad poziomem terenu, co razem daje 300 cm od dna rowu - wynik, moim zdaniem, bardzo przyzwoity.

W przypadku dużych obiektów takie pogrubienie stropu to w sumie sporo więcej betonu. Aby więc z tym nie przesadzić, można wykonać to pogrubienie tylko lokalnie, nad pomieszczeniami wzdłuż tylnej i bocznych ścian. Pomieszczenia w głębi, z cieńszym stropem, byłyby po prostu wyższe, np. 200 i 250 cm, dla grubości stropu odpowiednio 150 i 100 cm. Co więcej, w ten rodzaj rowów diamentowych można by wyposażyć również obiekty jednokondygnacyjne, gdzie to co napisałem o stropie, dotyczyłoby płyty fundamentowej.

Zasadniczą zaletą powyższego rozwiązania jest to, że eksplozja na dnie rowu nie byłaby uderzeniem w ścianę dolnej kondygnacji, ale w krawędź grubej płyty - stropu lub fundamentu. A wobec tego, niezależnie od skutków wstrząsu dla ludzi i urządzeń, nie byłoby możliwe naruszenie samej konstrukcji schronu.

Niemniej zasadniczą wadą byłoby uniemożliwienie wykonania "kaponierowych" strzelnic na dolnej kondygnacji, broniących dna rowu. A skoro wyżej uznałem je za wręcz konieczne, należałoby poszukać jakiegoś kompromisu. Czyli zamiast odsłaniać pełne, załóżmy, 200 cm wysokości ściany dolnej kondygnacji, jak w rzeczywistych rozwiązaniach, można dać nie 0, jak w mojej wersji radykalnej, ale 50, może 100 cm. I tak byłoby znacznie bezpieczniej, a wraz z lokalnym zmniejszeniem grubości stropu powinno to dać miejsce na stanowisko strzeleckie, raczej dla pozycji klęcząc.

W obiektach jednokondygnacyjnych należałoby wykonać osobne izby bojowe poniżej, w razie zagrożenia przez wodę w postaci obetonowanych stalowych skrzyń, bo na wstrząsoodporność jakichś tam izolacji lepiej nie liczyć.


Na koniec przykład z walk w 1940 r. o schron Oberrodern Północ:

Rozpoczął się atak piechoty. Trzy grupy uderzeniowe, wyposażone w sprzęt saperski do niszczenia strzelnic, rozpoczęły natarcie. (...) Żołnierze nieprzyjaciela przecięli druty kolczaste z przeszkody otaczającej schron, przy czym kilku z nich dosięgnął ogień broni maszynowej (...) Kilku Niemcom udało się podejść bezpośrednio pod ściany schronu. Wspierający ogień z GW Schoenenbourg i sąsiednich obiektów zmusił jednak nieprzyjaciół, którzy ponieśli znaczne straty, do ustąpienia.

Niemcy byli przygotowani do niszczenia strzelnic, mimo ognia obrony podeszli pod sam schron, lecz dalej coś im przeszkodziło. Czyżby... rów diamentowy? Za taką hipotezą przemawia ta okoliczność, że wcześniej mogli ćwiczyć na czeskich schronach, tu zaś nacięli się na obiekt starego typu, z rozległym rowem diamentowym. Zapewne, zamierzając atakować wejście i jego strzelnice, nie spodziewali się tutaj dodatkowej przeszkody i stąd fiasko.
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Fortyfikacje II Rzeczypospolitej 1918-1939